Zdjęcia się trochę prześwietliły, ponieważ aparat nie chciał oddać filmu i próba wyciągnięcia go pod kołdrą w łazience skończyła się jak widać poniżej. Z drugiej strony, jeśli komuś szkoda kasy na l-ca lomo, to wystarczy stary aparat typu małpka i potem lekkie prześwietlenie filmu. Dla mnie rewelka. Jak 20 lat temu.
“` ps. chętnie przyjmę każdą analogową małpkę (aparat typu wkładasz kliszę, i pstrykasz i w sumie prócz kadru to na nic innego nie masz wpływu)
Czasem różne małe rzeczy zmieniają bieg naszych dni. Ot, jak telefon zostawiony w pracy, dzięki czemu ma się większy spokój, czy awaria komputera Daniela, przez którą musiałam opuścić dziś mieszkanie i z przedmieścia wylądować w centrum. Gdyby nie ta usterka, to nie zjadłabym zupy cebulowej w Karmie i nie wypiła pysznej kawy. Nie obejrzała wystawy o Rene Magritte w MCK, nie kupiła albumu o USA za całe dziewięć złotych i siedemdziesiąt groszy.
Ostatnio trochę jeżdżę po kraju. Ledwo wróciłam z Zakopanego, żeby za chwilę wylądować w Katowicach.
W Zakopcu wizytowałam Martę, która na codzień sprzedaje dobre pomysły na śniadania.
Pogoda, wbrew zapowiedziom była urocza. Trochę pospacerowałam po górach. Pojeździłam na Gubałówce saneczkami – teraz będę już to robić w Zakopcu zawsze.
Największe wrażenie zrobiły na mnie krokusy. Było ich mnóstwo i były wszędzie. W większości fioletowe. Czasem tylko trafiały się krokusie albinosy.
Oczywiście była też dużo dobrego jedzenia. Raczej swojskie – ziemniaki z każdej postaci, kwaśnica, no i syr gaździ.